19 marca 2006

# 185

Dzisiejszą notkę sponsoruje literka Z jak ZMIANY.

I
m więcej zmian tym trudniej mi wszystko ogarnąć i jakoś nie potrafię się zmobilizować, żeby przysiąść i zdać relację chociaż pobieżnie - zwłaszcza, że ostatnio jedna zmiana generowała następną i kolejną i jeszcze kolejną, czego efekt jest na przykład taki, że moja Żabiczku nie wiedziała, żem się przeprowadziła... No właśnie. Miejmy nadzieję, że na dłużej niż cztery miesiące ta przeprowadzka. Teraz mieszkam z dwiema studentkami i fretką zwaną przez Żu - Freczr lub Fredsien, i chociaż brakuje mi piwnego towarzystwa mojej austriackiej roomate, to w hierarchii potrzeb na samym początku jest jednak kąt dla siebie.

Kolejna duża Z w temacie toksycznej pracy, kóry to temat zamierzam zakończyć raz na zawsze to fakt znalezienia nowej! Tydzień temu. Oby moje naiwne wyobrażenia o tym, jak człowiek powinien funkcjonować w godzinach plus minus 8-16 tym razem się urzeczywystniły... Cały tydzień upłynął mi na negocjowaniu z szefem daty opuszczenia tonącego okrętu, szukaniu nowej przyszłej, nieszczęśliwej acz jeszcze tego nieświadomej sekretary oraz zastanawianiu się, jak dziewczyna po dwóch fakultetach i w trakcie studiów doktoranckich może napisać w CV, że jej celem zawodowym jest zostanie sekretarką.

Tydzień został zwieńczony również w sposób odbiegający od konwencji, bo wyjazdem z Żu na proszony weekend do Sokolca. Słodka Żabiczku była prawdziwną gospodynią, opiekowała się nami po królewsku, po królewsku nas żywiła...

Piszę o tym wszystkim tak jakoś beznamiętnie zupełnie, w sposób kompletnie do mnie nie podobny. Mimo tego, że Żabiczku należą się owacje na stojąco i pokłony za sposób, w jaki nam ten weekend zorganizowała, mimo że nagle mieszkam gdzie indziej, mimo że za niedługo będę pracować gdzie indziej... Same pozytywne zdarzenia, powinnam już popadać w typowy dla mnie skrajny stan ekscytacji, a jakoś tak wszystko przyjmuje bezpłodnie.
W sumie gówno mnie obchodzi dlaczego tak się dzieje, nie mam bynajmniej ochoty na autoanalizę i inne takie tam z pogranicza psychologii dociekania czemu tak a czemu siak.

Czuję się dobrze. Lepsze idzie, mam kochanego Żużka (szefa i jedynego członka mojej drużyny przeprowadzkowej, co się na medal spisała i szóstkę z uśmiechem i w koronie), mam tę wariatkę z Sokolca, której nic nie muszę wyjaśniać, bo ona i tak wszystko rozumie zanim cokolwiek powiem, mam jakieś nadzieje na to, że będzie lepiej, nowe mieszkanie też jest jeszcze nowe, jeszcze fajne, jeszcze świeże - oby tak zostało.

Fajnie żyje się nadzieją, czekając na efekty zmian, o których już się wie, że nadejdą. Właśnie nie - czekanie na coś niewiadomego, ale ten stan ekscytacji, kiedy już się wie, że coś idzie. To jak z gonieniem króliczka - złapanie go może i daje radochę, ale niewspółmiernie krótszą od tej podczas pogoni za nim.

Brak komentarzy: